Leniwy dzień na plaży w San Vito Lo Capo

Szósty dzień włoskich wakacji zapowiadał się idealnie. Wszystkie znaki na niebie i w przewodnikach wskazywały na to, że będzie to najbardziej leniwy moment urlopu, w dodatku spędzony na najpiękniejszej plaży Sycylii. Z ogromnymi nadziejami i nastawieniem na widoki nie-z-tej-ziemi, wstaliśmy niemal równo ze słońcem i udaliśmy się na możliwie najwcześniejszy autobus do San Vito Lo Capo. Podróż, obfitowała w przepiękne krajobrazy nadmorsko-górskie. Malownicze zatoczki, maleńkie, sześcienne domki, wypasające się owce, intensywna zieleń roślin... Tak się zapatrzyłam, że zamiast robić zdjęcia, nagrałam bardzo długi film. Dostrzegam znak: San Vito Lo Capo. Ok, ale gdzie jest ta najpiękniejsza plaża? Nagle kierowca oznajmia swoim nietypowym włoskim dialektem, że to już ostatni przystanek. Pospiesznie zabieramy swoje rzeczy (uważając, aby tym razem niczego nie zostawić) i wszyscy opuszczamy autokar. Czy ktoś ma jakąś mapę?! Postanawiamy iść przed siebie i wtem naszym oczom ukazuje się ten oto zdumiewający widok.


Moje zdumienie przybrało rozmiary wzgórza w tle. To ma być ta najpiękniejsza plaża Sycylii? Oddajcie mi moje 7 euro, przecież takie plaże mogę oglądać nad Bałtykiem! No dobra... w Polsce nie ma takich palm. W zasadzie to nie ma żadnych, prócz tej jednej na rondzie de Gaulle'a. Czego ja się właściwie spodziewałam?



Na szczęście nie jestem jedyną, która oczekiwała fajerwerków. Kilka obcych osób również nie bardzo wie co ze sobą zrobić, przecież zaplanowali cały dzień spędzić na gorącym piasku, kąpiąc się w promieniach sycylijskiego słońca i co jakiś czas mocząc tylko nogi dla ochłody. Po chwili emocje opadają i postanawiamy szukać tej prawdziwej najpiękniejszej plaży. Bo przecież to na pewno nie jest ta, na której właśnie postawiliśmy nasze bose stopy... Ruszamy w stronę wzgórza i w tym momencie pojawia się ona. Najsłodsza mordka na Sycylii.


Wyglądacie na miłych. Mogę z Wami iiiść? 


Znam tam kilka fajnych miejsc. Pokażę Wam!


A w zamian, będę Waszym najlepszym przyjacielem.


Andiamo ragazzi. Presto, presto!

Nie dotarliśmy zbyt daleko. Zmęczenie po ostatnich pieszych wycieczkach było na tyle duże, że postanowiliśmy zawrócić, usiąść na piasku, posłuchać szumu morza i zrelaksować się chociaż przez chwilę. A potem zastanowić się co robimy z dalszą częścią dnia. Suzi (tak jej daliśmy na imię) podreptała ochoczo za nami, cudem unikając wypadków drogowych z miejscowymi, szarżującymi na drodze kierowcami (napędziła mi niezłego stracha). Nie chciała ode mnie ani wody, ani jedzenia. Błyskotliwie zdiagnozowałam, że po prostu brakowało jej towarzystwa! Wykopała sobie dziurę w piasku tuż obok naszego koca, zwinęła się w kłębek i zasnęła. Widziałam tylko jej urocze uszka, jak powiewały na wietrze.


Po kilku godzinach Suzi zapragnęła bliskości i ciepła, więc przytuliła się do mojego boku i tak razem kimałyśmy, pozostając w nieświadomości, że ktoś nam robi w tym czasie zdjęcia... ;)


Właśnie dlatego tak kocham psy. Ale przecież miałam pisać o najpiękniejszej plaży na Sycylii. Co było dalej? Nie znaleźliśmy jej ani za rogiem, ani za wzgórzem. Nie wierzcie przewodnikom. Najpiękniej jest wszędzie tam, gdzie jest z Tobą ktoś bliski sercu, grono przyjaciół i chociaż jeden gościnny mieszkaniec, nawet jeśli to "tylko" pies. To miejsce, w którym chcesz zostać nie dlatego, że jest nie-z-tej-ziemi, ale dlatego, że ono współtworzy Twoje najlepsze wspomnienia. Oto jak dzisiaj pamiętam plażę w San Vito Lo Capo.


Widzicie różnicę?

PS. Może nawet Palermo nie było takie najgorsze... :)

4 komentarze:

  1. Świetne zdjęcia, przywieź trochę słońca :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ja tez spotkałam takiego przyjaciela kiedyś w Bułgarii :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Suzi niczym stary dobry kompan :)

    OdpowiedzUsuń

 

Popularne posty

Fb